poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Włoskie wakacje: Koloseum, Palatyn, Forum Romanum

Kolejnym celem naszej włoskiej wyprawy było starożytnego centrum Rzymu, w szczególności  Koloseum, Palatyn i Forum Romanum.

Dotarcie tam z hotelu (zatrzymaliśmy się niedaleko Bazyliki św. Piotra) zajęło nam ponad godzinę. Najpierw czekaliśmy 15 minut na autobus. Na przystanku (w zasadzie na słupie) nie było żadnego rozkładu. Była jedynie informacja, że w tym miejscu nasz autobus się zatrzyma, jeśli łaskawie zechce przyjechać. Na szczęście, z pomocą przyszedł nam wujek Google, który ma rozkłady w mapach. Autobus spóźnił się jakieś 10 minut. Później okazało się, że powinniśmy być wdzięczni, że w ogóle przyjechał. Kolejny nie raczył.

Google co prawda pokazywał za ile minut ma się pojawić. Niestety się nie pojawiał. Ani pierwszy, ani drugi, ani trzeci. Jeździły wszelkie możliwe numery, poza tym którego potrzebowaliśmy. Po 25 minutach stwierdziliśmy, że szybciej będzie pójść na piechotę. Przejście wzdłuż Circus Maximus i Palatynu zajęło nam ok. 30 minut. Aż dziw bierze, że Zosia ani razu nie stęknęła. :)

Plan zwiedzania był następujący. Idziemy do Koloseum. Oglądamy, co jest do obejrzenia i decydujemy co dalej. Niestety Koloseum na Zosi nie zrobiło wielkiego wrażenia. Zapytana czy jej się podobało, odpowiedziała: "Nie, bo nie było tam żadnych obrazów". Trudno jej dogodzić. ;)
Nie mniej jednak Koloseum zobaczyć wypada, czy się komuś podoba, czy nie. W końcu to symbol Rzymu. Przy okazji warto ocenić jego kondycję, bo podobno od niej w dużej mierze zależą dalsze losy świata. Św. Beda Czcigodny napisał w VII w., że tak długo jak będzie stało Koloseum, będzie istniał Rzym. Kiedy Koloseum upadnie, upadnie Rzym, a kiedy upadnie Rzym, nastąpi koniec świata. Potwierdzamy, że Koloseum stoi i jest w całkiem dobrej kondycji.

A teraz czas na informację, która pomoże zaoszczędzić Wam duuuużo czasu. Bilety do Koloseum i Forum Romanum można kupić przy wejściu na Palatyn. Bilet upoważnia do wejścia do wszystkich trzech miejsc. Na podejście do okienka czekaliśmy całe 2 minuty. W Koloseum do samej kontroli czekaliśmy ok. 20 min. Po kontroli ludzie musieli jeszcze swoje odstać w kolejce po bilety.  Po długości kolejki wnioskuję, że stali tam minimum godzinę. Dziwne, że nikt z obsługi nie powie tym biednym ludziom, że 300 m dalej kupią bilety bez czekania. Z resztą podobnie ma się sprawa z wejściem na Forum Romanum. Zamiast tłoczyć się przy głównym wejściu, lepiej przejść przez Palatyn. Tym bardziej, że Palatyn jest bardzo urokliwym miejscem. Świetnie nadaje się żeby chwilę odsapnąć po zwiedzaniu Koloseum. Zosi, z całej wycieczki po starożytnym centrum, najbardziej spodobało się zbieranie stokrotek na Palatynie. Widok z ogrodu pomarańczowego na Forum Romanum zachwycający.

Jeżeli chodzi o Forum Romanum, to szczerze polecam odłożyć mapki na bok i po prostu pospacerować po ruinach. Zamiast skupiać się na tym do jakiej świątyni należała która kolumna, lepiej uruchomić wyobraźnię i poczuć klimat miejsca.




czwartek, 30 marca 2017

Włoskie wakacje: Bazylika św. Piotra i Zamek św. Anioła

Bazylikę św. Piotra mieliśmy w planach zobaczyć po zwiedzaniu Muzeów Watykańskich (post znajdziecie tu). Ponieważ kolejka była na minimum godzinę stania zdecydowaliśmy, że wybierzemy się tam następnego dnia, zaraz po otwarciu. Stanie przez pół godziny w pełnym słońcu średnio nam się uśmiechało. Do Bazyliki dotarliśmy kilka minut po otwarciu. Przy bramkach kontroli nie było żywej duszy (nie licząc ochroniarzy i wycieczki Azjatów, którą sprytnie udało nam się prześcignąć ;)). Bazylikę zwiedzaliśmy niemal sami. Dopiero kiedy z niej wychodziliśmy zaczęły napływać tłumy turystów.

Bazylika robi duże wrażenie (dosłownie i w przenośni). Podobnie jak w przypadku Kaplicy Sykstyńskiej wiele zależy od pory zwiedzania i wpadającego  do środka światła. Kilka lat temu wydawała mi sie mroczna i tajemnicza. Tym razem - jasna i dostojna. Nie wiem czym się kierowano odgradzając prawą nawę i część nawy głównej. Wiem, że zwiedzający dużo na tym stracili. W tej chwili "Pietę" ogląda się z kilkunastu metrów. Efekt? Wygląda jak zwykła rzeźba. W zasadzie cała nawa jest wyłączona ze zwiedzania. Miejmy nadzieję, że zmiana organizacji ruchu jest tymczasowa.

Sporo kłopotu sprawiło nam znalezienie wejścia do Grot Papieskich. Porządnie je zakamuflowano. ;) Pytaliśmy dwóch porządkowych, zanim tam trafiliśmy. Okazało się, że jest ukryte "w filarze". Szukajcie go w lewej nawie, naprzeciwko posągu św. Piotra. Grób św. Jana Pawła II został przeniesiony do Kaplicy św. Sebastiana - druga kaplica w prawej nawie.  Aby dostać się bliżej trzeba przejść przez "bramkarza".

Wiele osób decyduje się wejść na kopułę, z której można podziwiać w całej rozciągłości Plac św. Piotra oraz panoramę Rzymu. My tego nie zrobiliśmy ze względu na Zosię i chęć zaoszczędzenia sił na dalsze zwiedzanie.

W pobliżu Watykanu znajduje się Zamek św Anioła, który naszym zdaniem jest obowiązkowym punktem pobytu w Rzymie. O samym zamku rozpisywać się za dużo nie będę, bo wnętrza szczególnie nie różnią się od tych, jakie znajdziecie w innych zamkach. Warto zwrócić uwagę na kolistą bryłę (zamek był pierwotnie mauzoleum Hadriana) oraz prowadzący do niego Most św. Anioła. W zamku znajduje się wejście do korytarza Passetto di Borgo, prowadzącego do samego Watykanu. To tędy mieli uciekać papieże w razie zagrożenia. Na szczycie zamku znajduje się monumentalna rzeźba anioła z mieczem. Dlaczego zamek warto zwiedzić? Dla widoków. Z dachu rozciąga się bowiem przepiękny widok na Rzym oraz Bazylikę św. Piotra. Z resztą zobaczcie sami na zdjęciach poniżej.

Jeśli będziecie w okolicach Watykanu, musicie koniecznie spróbować lodów w Lemongrass Gelato. Bez wahania mogę napisać, że były to najlepsze lody jakie jedliśmy w Rzymie. A uwierzcie, że trudno nam dogodzić. ;) Specjalnie dla nich nadłożyliśmy ostatniego dnia drogi do hotelu. Zosia dałaby sie pokroić za sernikowe z musem z czerwonych owoców. Jeśli lubicie białą czekoladę, polecam firmowe Lemograss (nazwa myląca, czytajcie skład). Miłośnicy ciemnej czekolady powinni koniecznie spróbować czekoladowych z wiśniami w rumie. Ślinka mi cieknie na samo wspomnienie.

Oczywiście będąc w Rzymie w niedzielę nie mogliśmy nie skorzystać z okazji "zobaczenie" papieża Franciszka w trakcie Anioła Pańskiego. Przejście przez bramki poszło bardzo sprawnie. Następnie 15 minut wygrzewania się w słońcu, czytania książek i planowania końcówki wyjazdu. Zosi "spotkanie" bardzo przypadło do gustu. To że nie zrozumiała ani słowa, nie przeszkodziło jej z wielkim zaangażowaniem i bananem na buzi bić brawo.


poniedziałek, 27 marca 2017

Włoskie wakacje: Muzea Watykańskie

W połowie lutego Zosia miała tydzień ferii zimowych. Na początku planowaliśmy wywieźć ją do Polski, ale nie miałam serca zostawiać jej na pastwę polskiej pogody. Wyjazd miał być częściowo jej prezentem urodzinowym, więc pozwoliliśmy wybrać jej cel podróży. Wstępnie wybór padł na Wenecję. Uznaliśmy jednak, że wyjazd w porze karnawału z małym dzieckiem może nie być do końca przyjemny, dlatego zaproponowaliśmy zmianę destynacji na Rzym. Początkowo przystała na to… niechętnie. Z czasem wizja krainy lodami i pizzą płynącej ją przekonała.

Wakacje się skończyły, a ja, jak to po wakacjach bywa, potrzebowałam chwili, żeby wrócić do rzeczywistości. Chwila się trochę przedłużyła, bo w międzyczasie wyskoczyło kilka spotkań, teatrzyków, urodzin i problemów zdrowotnych. Powoli wszystko wraca do normy i jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, wracam do regularnego blogowania. :)

Tym wpisem rozpoczynam cykl postów (w sumie cykl to chyba za duże słowo, bo postów pojawi się tylko kilka ;)) o naszych rzymskich wakacjach. Jeśli wybieracie się do Rzymu w bliższym lub dalszym czasie, z dzieckiem lub bez, zachęcam do przeczytania naszej relacji. Pozwoli to Wam lepiej zaplanować wyjazd i uniknąć kilku niepotrzebnych frustracji. ;)

Do Rzymu przylecieliśmy w czwartek rano. Postanowiliśmy pójść na żywioł i zacząć od Muzeów Watykańskich. Bilety kupiliśmy wcześniej przez internet, żeby uniknąć stania w kolejce. Wejście mieliśmy na 13.00, ale bez problemu weszliśmy przed 12.00. Ponieważ najbardziej zależało nam na zobaczeniu Kaplicy Sykstyńskiej i pokoi Rafaela, udaliśmy się tam od razu po przekroczeniu progu muzeum. Doszliśmy do wniosku, że zobaczymy co najważniejsze, a później zdecydujemy co dalej. Musieliśmy brać pod uwagę kondycję Zosi. I tu pierwsza uwaga. Wszędzie trąbią, że do Kaplicy Sykstyńskiej idzie się marszem 30 minut. Informacja ta ma niewiele wspólnego z prawdą. Mogę sobie wyobrazić, że idzie się tam 30 min, jeśli trafia się na tłumy jak nam się to zdarzyło w jednej z sal i ciągnie się metr na minutę. Spacerowym krokiem, przy średnim obłożeniu wystarczy 15 minut. Znacie powiedzenie - wszystkie drogi prowadza do Rzymu? W Muzach Watykańskich wszystkie drogi prowadzą do Kaplicy Sykstyńskiej. Prędzej czy później tam traficie. :)

Muzea obeszliśmy dwukrotnie bo za pierwszym razem przegapiliśmy przejście do Stanze - pokoi papieskich ozdobionych freskami Rafaela. Zajęło nam to w sumie (wliczając w to lody, kawę i wysyłanie kartek) 3h. Co prawda część muzeum była zamknięta ze względu na remont i jakimś cudem ominęliśmy Pinotekę, jednak wszystko inne widzieliśmy dwukrotnie. Wyobrażam sobie, że pasjonaci sztuki mogą spędzić w muzeach 2-3 dni. Myślę, że dla zwykłego śmiertelnika wystarczy w zupełności kilka godzin.

Co warto zobaczyć? Przede wszystkim Kaplicę Sykstyńską (W różnych porach dnia, przy rożnej ilości światła robi inne wrażenie. Mama poleca wersję ciemniejszą. Tata każdą. ;)), Stanze z freskami Rafaela, salę map, dziedziniec z "szyszką", makietę Watykanu przy wejściu, schody zaprojektowane przez Giuseppe Momo (bardzo niewygodnie się po nich schodzi) i dziedziniec w Muzeum Pio-Clementino. Polecamy też wysłać swoim bliskim kartkę z Watykanu.






poniedziałek, 13 lutego 2017

Poznaję Europę

Od prawie dwóch miesięcy wyruszamy codziennie w podróż po Europie z grą Poznaję Europę wydaną przez wyd. Zielona Sowa. Naszym zadaniem jest przemierzyć cały kontynent startując w Lizbonie, a kończąc w Oslo.

W zestawie znajdziemy: rozkładaną planszę, 5 pionków, kostkę, karty do gry oraz książkę z zadaniami. Plansza to nic innego jak mapa Europy, na której zaznaczono kilka stolic oraz ważnych atrakcji turystycznych czy elementów charakterystycznych dla danego kraju. Zasady gry są bardzo proste. Gracza losuje kartę i wykonywanie znajdującego się na niej polecenia np. czeka kolejkę, gdy wylosował kartę "Nadchodzi burza. Musisz się schronić." Kiedy indziej odpowiada na pytanie o geografii Europy np. "Jak się nazywa duże jezioro na Węgrzech?" i posuwa się do przodu.

Według producenta, gra przeznaczona jest dla dzieci powyżej 6 roku życia. Moim zdaniem, poradzą z nią sobie także młodsze dzieci. Zosia jest na to żywym dowodem. :) Nawet jeśli na początku miała problemy z odpowiedzią na niektóre pytania, opanowała je w mig. Każda karta oprócz pytania zawiera trzy odpowiedzi, z których jedna jest prawidłowa. Zawsze jest więc szansa na trafienie. Przyznam się, że sama nie miałam pewności co do niektórych pytań. Na szczęście odpowiedzi można sprawdzić w dołączonej do gry książeczce. Zawiera ona również kilkanaście ciekawych zadań - labirynty, krzyżówki, dopasowywanki, które mają pomóc zdobyć wiedzę potrzebną do wygranej. Nie muszę chyba mówić, że taka forma przyswajania wiedzy jest dla dzieci najprzyjemniejsza i najefektywniejsza.

Gra jest warta polecenia, chociaż ma mały mankament. Jest nim mała liczba kart z pytaniami (25 kart). Zosia znała odpowiedzi na wszystkie pytania po dwóch dniach. Niestety nie powstrzymywało jej to przed graniem w grę nadal. W rezultacie po kilku dniach gra polegała głównie na rzucaniu kostką i przesuwaniu pionkiem, bo wyzwania żadnego nie było. Postanowiłam coś z tym zrobić i dorobiłam kilka kart. Jeśli macie ochotę je pobrać link znajdziecie tu

I jeszcze mała anegdota. Moje pierwsze spotkanie z grą nie należało do najłatwiejszych. Pytanie: "Gdzie płaci się kunami?" rozłożyło mnie na łopatki. Mówię do Zosi: "Nie mam pojęcia. Zgaduję, że w Bułgarii, ale musimy to sprawdzić". Na co moja niespełna 5-latka z politowaniem w głosie mówi: "No co ty mama. Przecież kunami płaci się w Chorwacji". Szczęka opadła mi do samej podłogi i pytam z niedowierzaniem skąd to wie. Na co moje dziecko odpowiada: "Przeczytałam wcześniej w odpowiedziach. W tej ksiażce, którą dodali do gry." Po raz kolejny życie pokazało mi, że trzeba czytać dokładnie instrukcje. W tym miejscu kieruję specjalne pozdrowienia do Taty, który w przeciwieństwie do mnie, czyta wszystkie bardzo dokładnie.

czwartek, 9 lutego 2017

Mieszkańcy świata

"Mieszkańcy świata" wyd. Adamigo to jedna z pierwszych pomocy geograficznych jaką kupiłam Zosi.  Dość długo leżakowała w szafie, bo wydawało mi się, że będzie dla Zosi za trudna. Wyciągnęłam ją kiedy miała około 4 lat. Okazało się, że niepotrzebnie tyle czekałam. Gra okazała się strzałem w dziesiątkę, a Zosia opanowała ją w kilka dni. Spokojnie poradziłaby sobie z nią wcześniej.

W zestawie znajdziemy 48 puzzli, które łaczą się w 24 pary. Po jednej stronie mamy flagę, nazwę kraju, mieszkańców w tradycyjnych strojach oraz podstawowe informacje tj. stolica, powierzchnia, liczba mieszkancow. Po drugiej stronie znajdziemy chłopca i dziewczynkę ubranych w charakterystyczne (niekoniecznie współczesne ;)) dla danego kraju stroje. Jednym z podstawowych wariantów gry jest połączenie puzzli w pary. Już 3-latki mogą spokojnie podjąć się tego wyzwania. Szczególnie jeśli ograniczy się liczbę par. Do gry dołączona jest instrukcja, w której producent proponuje 4 warianty zabawy, ale w zależności od kreatywności można wymyślić ich dużo więcej.

Gra jest bardzo dobry pomysłem na wprowadzanie dziecka w świat flag, krajów, stolic. Jest świetnym pretekstem do rozmowy o różnorodności kulturowej. W trakcie układania można przemycać dziecku różne ciekawe informacje np. dlaczego mieszkańcy USA mają stroje kowbojskie, dziewczynka z holandii trzyma w rękach tulipana, mieszkanki Iranu mają zakryte twarze itd.